
Większość życia Józefa Wojsznisa to precyzja, detale i praca wymagająca niezwykłej cierpliwości. Z wykształcenia jest protetykiem stomatologicznym. Kiedy jednak odłożył zawodowe narzędzia, sięgnął po kolejne – i zaczął tworzyć. Z kawałka drewna wydobywa kształty, postacie i historie.
Z zawodu jest Pan... protetykiem. Jakieś podobieństwo między rzeźbiarstwem a protetyką?
Trzeba mieć zdolności manualne. Chyba że robimy prace całkowicie stylizowane, bo ja nawiązuję do wsi, do kleru. Trochę żartów w moich pracach jest… Ale ogólnie to rzeźba ludowa, mocno kolorowana. Lubię się bawić barwami. Ale tym zajmuje się już głównie moja żona.
W pracy artystycznej można sobie pozwolić na więcej swobody niż w pracy zawodowej?
Można, no na pewno. Tam musi być precyzja, a tu może być fantazja. Tam ważniejsza jest dokładność, tutaj można iść na całego.
A jak zaczęła się Pana przygoda z rzeźbieniem?
Przed laty zobaczyliśmy z żoną piękne drewniane rzeźby w Desie, które zresztą tutaj też mam, i zacząłem je po prostu kolekcjonować. To były rzeźby częstochowskiego rzeźbiarza, przedstawiały muzyków. W końcu żona powiedziała: „Przestań kupować rzeźby, zacznij je robić sam” i... kupiła mi dłuta (śmiech). No i zaczęło się rzeźbienie. Pierwszą pracą była rybka. 20 lat temu. Później coraz więcej dłut, coraz większe prace, coraz łatwiejszy dostęp do materiału, bo jednak nie zawsze było łatwo. Tutaj o lipę jest trudno.
Czyli do rzeźbienia nadaje się najlepiej lipa?
Robiłem i z topoli... Topola jest tutaj najłatwiej dostępna, ale jest nierówna w robocie, bo czasami dłuto się mocno opiera. A teraz dostałem piękne klony. Z drewnem jest jednak kłopot: trzeba je przywieźć traktorem, trzeba również mieć podnośnik, bo to waży po kilkaset kilogramów. Na początku prace były malutkie, a później coraz większe. Żona mi pomaga w ich malowaniu, wykańcza detale, bo ma duży talent plastyczny. A ja po prostu rzeźbię, przygotowuję pracę. I tak to leci.

Bogato zdobiony fragment figury św. Floriana, rzeźba została wykonana dla OSP w Jankowicach
To już wiem, z kim będzie następny wywiad...
Z Bożenką!
Czy któraś z Pana prac powstała pod wpływem jakiegoś konkretnego wydarzenia, osoby, wspomnienia?
Najczęściej inspiracją dla moich prac są nasze wyjazdy. Na przykład gdy zwiedzaliśmy z żoną zamek w Bobolicach, który bardzo się nam spodobał, po powrocie zrobiłem rzeźbę rycerza. Jeździmy też na plenery rzeźbiarskie. Oglądamy tam prace, czasem coś mi wpadnie w oko. I później, gdy wracam, wykorzystuję w swej pracy coś, co podpatrzyłem, co mnie zainspirowało. Tam są rzeźbiarze, artyści. Z ich prac można czerpać, uczyć się. Zresztą człowiek przecież całe życie się uczy. Lubię też oglądać rzeźby ludowe: tu oczy zrobione inaczej, tu broda, wargi. Staram się to przenieść do swoich rzeźb, coś jeszcze poprawić.
Jak wybiera Pan materiał do konkretnej rzeźby?
Kształt już sugeruje, co będzie robione. Jeżeli drewno jest powyginane, ma jakieś fajne sęki, to się to wykorzystuje. I już jest... Czy to będzie ktoś pochylony, jakiś starzec, czy to będzie… jakiś mnich zgarbiony ze świecznikiem. Łatwiej zrobić, gdy drewno już jest przechylone.

Przy pracy
Jak długo powstaje rzeźba?
Jeżeli taka wielkości dwóch, trzech metrów, to dwa, trzy tygodnie. I to jest takie bite osiem godzin dziennie. Trudno jest to zrobić, bo to ciężka fizyczna praca - pobijakiem, dłutami, piłami.

Rzeźbienie to ciężka fizyczna praca - pobijakiem, dłutami, piłami
Nie używa Pan żadnych mechanicznych pił?
Od tego zaczynam, ale to jakieś tam obciosanie, nadanie kształtu. A później dłutami, czasami nawet używam właśnie dentystycznych wierteł, żeby delikatnie drobne rzeczy poprawić, zrobić szczegóły, żeby to nabrało trochę takiego polotu i smaku.
Jaką rzeźbę trudniej jest robić: dużą czy małą?
Dla mnie chyba gorzej robić małą. Duża jest fajna, stabilna, można z każdej strony podejść. Jest więcej pracy, ale wydaje mi się, że jest łatwiej.

Płaskorzeźba Góra Grabarka - jedna z niewielu prac artysty, w której dominuje drobny szczegół
A najtrudniejszy moment w pracy?
To rozpocząć rzecz, która parę miesięcy leżała odstawiona, z boku. To jest chyba najtrudniejsze.
Kiedy wiadomo, że praca jest skończona? Czy może wydaje się, że to już koniec, a jednak wraca się do niej?
Wraca się, wraca. Czasami myślę, że już jest wymalowana, skończona, a jednak jeszcze coś mi się w niej nie podoba, wracam, zdzieram farbę, jeszcze coś tam porobię i znowu zamalowuję. Tak bywa, zwłaszcza wtedy gdy wiem, że te figury będzie oglądało dużo osób. To jest taka presja troszeczkę. Chociaż żona mówi, że to już dawno jest skończone i wygląda dobrze ale ja jeszcze tam gdzieś coś znajdę do poprawy. Takie skrzywienie (śmiech).
Najważniejsza rzeźba to…? Oprócz tej pierwszej rybki, oczywiście.
Florian. Najbardziej pracochłonna była chyba postać Świętego Floriana. No i też Święty Hubert dla myśliwych, bo tam były postacie zwierząt. Przy Florianie były wykorzystywane elementy - to jest właśnie ciekawe - odlewane z chromonikieliny, z której robiłem zęby. Te elementy są tam wpasowane. Czy to krzyż, czy po prostu hełmy strażaków. Odlewy robiłem celowo do tej pracy. To chyba ta rzeźba zajęła mi najwięcej czasu. Ale myślę, że ta u myśliwych też jest ciekawa. A teraz Mieszko I i Dobrawa, bo jest 1060. rocznica Chrztu Polski. Też chyba wyszły nieźle. Obecnie stoją przed świetlica wiejską w Jankowicach. Będziemy chcieli je postawić przy wejściu, pod daszkiem, żeby nie mokły na deszczu. Bo wszystkie prace są malowane olejnymi farbami. W związku z tym, jak przyjdzie deszcz, śnieg i drewno zacznie pracować, to zniszczą się szybko. Kilka lat i nie będzie pracy.

Józef Wojsznis z rzeźbą Mieszka I.
A jest rzeźba, z którą by się Pan nigdy nie rozstał?
Miałem kupców na rzeźby... Tylko ja nie chcę sprzedawać. Nie mam takiej potrzeby. A jeżeli sprzedaję, to stawiam warunek: ta rzeźba zostanie tu, w okolicy. W Zakrzówku stoi jedna praca, którą sprzedałem koledze. Właśnie miała zostać tutaj. Zrobiłem też dla pewnej pani rzeźbę Świętej Faustyny, jest w Jankowicach. Ta pani miała wielki sentyment do tej świętej, mówiła, że dzięki modlitwom do niej wyszła z ciężkiej choroby. Ale większość prac stoi tu, w okolicy właśnie: w Woli Jedlińskiej, Zakrzówku, Jankowicach. Ja jestem takim rzeźbiarzem miejscowym i lubię, jak te prace po prostu tu zostają. Przy naszej bramie na ulicy ustawiłem kilka rzeźb. Latem, wiosną, jesienią zatrzymują się przy nich setki ludzi. Robią sobie zdjęcia z tymi figurkami. Ja się nie dziwię. I to jest dla mnie wielka satysfakcja. A oni nawet nie wiedzą, jak ja wyglądam.
Czy to hobby, sposób na odpoczynek, forma artystycznej wypowiedzi?
Myślę, że wszystko po trochu.
Co daje tworzenie, czego nie można znaleźć w codziennej pracy? To nie jest przecież tylko zabicie czasu...
Na pewno nie. To trudno powiedzieć, bo przychodzi moment, że normalnie siadam, biorę dłuto i nie ma mnie wiele godzin. Żona mnie woła, woła, ale ja jestem całkowicie pochłonięty pracą. Bo mnie to wciągnęło. I to chyba właśnie to. Taka wewnętrzna potrzeba.
Czasem jest znów tak, że trzeba się zmusić do pracy. Ale później jest satysfakcja, że jednak się przełamałem i znowu jakiś kawałek figurki wyrzeźbiłem. Cieszę się. I to też właśnie jest dla satysfakcji.
No to pytanie ostatnie. Dlaczego warto znaleźć w życiu pasję?
Bo człowiek bez pasji tylko egzystuje, a nie żyje. Żeby żyć, trzeba mieć pasję. Trzeba się rozwijać. Trzeba coś tworzyć. Coś ci się musi chcieć.
Zobacz także
Gidle to miejscowość znana przede wszystkim z sanktuarium Matki Bożej Gidelskiej i wielowiekowych tradycji pielgrzymkowych. Warto jednak poznać również jej mniej oczywiste oblicze – związane z rozwojem przemysłu, wynalazczością i działalnością ludzi, którzy na trwałe zapisali się w historii regionu. Jednym z nich był Józef Sucheni, konstruktor narzędzi rolniczych, przedsiębiorca i społecznik, którego dorobek przypomina o przemysłowych tradycjach Gidel. Pamięć o Józefie Sucheni zachowuje tablica pamiątkowa znajdująca się w miejscowości. Podczas obchodów 100. rocznicy jego śmierci Gidle odwiedzili potomkowie rodziny, wśród nich Maria Karwowska oraz aktorka Joanna Liszowska. Była to okazja do przypomnienia historii rodu, którego działalność łączyła techniczną pomysłowość z troską o rozwój lokalnej społeczności.
Większość życia Józefa Wojsznisa to precyzja, detale i praca wymagająca niezwykłej cierpliwości. Z wykształcenia jest protetykiem stomatologicznym. Kiedy jednak odłożył zawodowe narzędzia, sięgnął po kolejne – i zaczął tworzyć. Z kawałka drewna wydobywa kształty, postacie i historie.